Gdybym był ma-laa-rzeem … daj-du-diru-diru daj-du-diru-diru-diru-daj!

Drodzy Wszyscy,
możecie sobie dalej dośpiewać wg „Skrzypka na dachu“.
Gdybym więc nim był, namalowałbym kotka, który siedzi w słońcu majowego poranka, przed domem, syty i zadowolony, grzejąc liche po zimie futerko. Usunąłbym wszelkie akcenty techniczne, pozostawił tylko kwiaty,  domalowując jeszcze jakieś tulipanki lub szafirki. Taka dobra, ufna, bezpieczna i ciepła chwila na cały dobry-spodziewany dzionek.
Ci z nas, którzy nie muszą spieszyć się na służbę lub do pracy sprawowanej poza domem, mają takie chwile, bo przecież taras i słoneczko nęci, robota nie zając. Zaglądamy wtedy w pokłady pamięci, albo żeglujemy po oceanie wyobraźni.
Do mojego talerza śniadaniowego nie zaglądają  już ani mirabelka, ani magnolia. Przekwitły, minęły. Teraz czas na różowo kwitnącą wisienkę w kącie ogrodu, trochę bardziej odległą, choć nie tak  okazałą i nie tak napuszoną jak kędzierzawe wiśnie japońskie, które coraz częściej sadowią się w naszych nowotworzonych ogrodach.
Niegdyś, a było to prawie 30 lat temu, kiedy u nas nie było ich chyba wcale, znalazłem się w Osace w gaju wiśniowym, a może raczej na plantach pod baldachimem kwitnących wiśni japońskich. Drzewa okazałe, szerokie, ogromne, w kędzierzawej różowej szacie. Całe wodospady (kwiatospady) różowego kwiecia. Pod drzewami na trawnikach biwakujące grupy młodych i starszych ludzi. Koce, termosy, jedzonko, zwierzątka domowe. Atmosfera sielanki i oczekiwania. Pytam, a na co to czekają, bo wyglądało mi to na długie biwakowanie. A tak, długie, kilkudniowe, bo oczekiwanie na blossom falling down, czyli na opadanie kwiatów, na przekwitanie wiśni. Wiosenne święto japońskie. Było to dla mnie bardzo atrakcyjne i abstrakcyjne, bo przecież kto by u nas czekał na spadanie płatków jabłoni ? Lecą i już. Najwyżej po fakcie stwierdzenie, że jak śniegiem pod drzewami posypało. A poza tym, kto by miał wtedy czas na takie drobiazgi. A tu – różowa kołderka na poszarzałym przedwieczornym niebie, celebrowanie, klimat nieco duszny i ludzie egzotyczni, czarnołbiści i jacyś tacy-niewysocy, całe ich tłumy. Ja sam w dowodzie osobistym miałem zapisane wzrost wysoki (170), ale przecież w Polsce wszyscy młodsi o głowę nade mną górowali, więc tam czułem się jak olbrzym wśród krasnoludków. A jeszcze pagody, lampiony, kimona, krzaczkowate napisy, ceremoniał ukłonów podczas powitań i rozstań, ceremoniał picia herbaty, teatr kabuki, super szybka kolej Shinkansen, salony gier w kulki, potrawy – wszystko bardzo egzotyczne – wtedy nie jeździliśmy tak po świecie jak obecnie (do niedawna). Np. przekąska z wodorostów nawinięta na palec przez mojego gospodarza – tak ot wprost z wody na brzegu zatoczki morskiej. Albo zwyczaj domowej kąpieli w jednej wannie wszystkich domowników, poczynając od gościa, oczywiście. Albo wspólnie przygotowywana wieczorem i konsumowana potrawa sukiyaki.
 A na uczelni sala wykładowa zapełniona dwustu jednakowymi czarnołbistymi krasnoludkami w jednakowych czarnych mundurkach, ciekawych, co to im ten wędrowiec z dalekiego kraju chce zakomunikować.  Ale słuchali, bo moje wtedy badania podwodne były dość nowatorskie – z uwagi na wieloletnie embargo na nowinki techniczne z zachodu, musieliśmy sami rozwijać pewne dziedziny nauki i mieliśmy niezłe rezultaty, aż do czasu zmiany systemu i otwarcia granic. Wtedy nasza myśl i produkcja została zdeprecjonowana wobec kolorowych błyskotek zachodnich i jednak dopracowanych produktów w wyniku olbrzymich nakładów finansowych i spokojnej tam pracy przez lata.
 Tyle w ramach wertowania pokładów pamięci. Chociaż obecnie kwitną rzepaki i żarnowce, a one też mogą uruchomić następne głębiny wspomnień.
 Rzepaki jak żółte morza rozlane wśród większych zieloności ozimin i lasów. Najlepiej oglądać je z samolotu – w głębi Polski posiekane na malutkie paski niewielkich upraw, a na ziemiach „odzyskanych” albo po drugiej stronie polsko-niemieckiej granicy olbrzymie łachy jajecznicy. Tak się składało, że przez wiele lat w okolicach 1 maja wracałem z jakichś wypraw zagranicznych i latałem nad tymi jajecznicami. Co, Romku sądzisz – czy Twoje obserwacje nie domagają się szerszego opisu, abyśmy mogli też „polatać” z Tobą i razem nacieszyć się widokami ?
 W tych dniach przemierzałem na rowerze pobliskie pola rzepakowe w falach odurzającego zapachu. Nie wszyscy go lubią, a dla mnie jest wspomnieniem beztroskich jazd komarkiem po okolicach Wielunia i poczuciem swobody, bo Rodzice niezbyt gonili mnie do książek, a Mama-biologiczka inspirowała moje zainteresowania przyrodą. Tak więc – Zosiu i Jurku – rozumiem Waszą fascynację i dumę z obsianych setek hektarów kwitnącego teraz rzepaku. Piękne zdjęcia. Piękne pola. Piękny czas. Sam stanąłem – tu niedaleko – przed polem ok. 90 ha jak przed wielkim, falującym, odurzającym, złotym oceanem.
 A żarnowce ? Żarnowce najpiękniej kwitną w nadwarciańskim Kamionie, na prawym brzegu przy krętej drożynie prowadzącej po skłonie pradoliny Warty, która wspina się pomiędzy głębokimi parowami i uskokami wzgórz. Która kończy się raptownie wśród sosen z pająkowatymi korzeniami nad przepastnym uskokiem, jak kończy się niedokończony a obiecujący niegdyś spacer w lata młodzieńczych fascynacji.
 Ach, Kamion! To skansen ostatnich już naturalnych pejzaży – przystańcie na drewnianym, poskrzypującym moście, spójrzcie w dół rzeki w zwielokrotnione plany zarośli, meandrujące koryto pomiędzy jasnymi łachami i ponurymi głęboczkami pełnymi wirów, na szuwary pod stromymi brzegami, na zielone dywany pastwisk obsiadłe przez czyste, białe gęsi albo przez tradycyjnie biało-czarne krowiny z wielkimi, ufnymi, trochę melancholijnymi oczami. To ginące krajobrazy ! Ale dobrze zakotwiczone w naszej pamięci.
 Gdybym był malarzem !
 A na żeglowanie po oceanie wyobraźni nie starczyło już dzisiaj czasu.
Dobranoc Wszystkim
- Tadeusz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>