Lidka Stencel-Łączyńska nie żyje – 9 maja 2020 r.

Drodzy Wszyscy,

wiadomości niedobrych ciąg dalszy sprzed chwili:
9 maja 2020 r. o godz. 15:57 w szpitalu w Warszawie zmarła Lidka Stencel-Łączyńska, Dobry Duch naszej Kompanii.
Uroczystości pogrzebowe – Częstochowa, 13 maja – środa:
godz. 11:00 – pożegnanie – Zakład Pogrzebowy Concordia, ul. Obrońców Westerplatte 30.
godz. 11:30 – Cmentarz św. Rocha (wejście od ul. Wręczyckiej, parking przy ul. Jeleniogórskiej-Ostrowskiej).
Kwatera 60, rząd B, grób 21.
Będę na pogrzebie.
Z bólem i żalem
- Tadeusz
„To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie.” 2 Kor 4, 18
Wyrazy współczucia,
J. Kądziela

Konstandinos Kawafis

Świece
Dni przyszłości przed nami –
jak ustawione w rzędzie świece zapalone,
złote, ciepłe, pełne życia.

Za nami – dni, co przeminęły:
bolesny szereg świec wygasłych;
te najbliższe jeszcze trochę dymią,
zimne świece, zniszczone, pogięte.

Nie chcę na nie patrzeć – ich widok mnie zasmuca;
i boli mnie, gdy wspomnę, jak niegdyś płonęły.
Przed siebie patrzę – na zapalone świece.

Nie chcę się odwrócić, abym nie zadrżał widząc,
jak szybko się wydłuża ciemny szereg –
i więcej, coraz więcej świec wygasłych.

Przełożył: Zygmunt Kubiak

https://www.donkiswiatpoezji.pl/2018/12/konstandinos-kawafis-swiece.html

Drodzy Wszyscy !
Uczestniczyłem w pogrzebie Naszej Drogiej Lidki oddelegowany samowolnie, jako samozwańczy reprezentant naszej Kompanii.
 Niestety, smutno.
Niestety, smutno bardzo.
Niestety, beznadziejnie.
Niestety, świat się zmienia tak bardzo z każdą naszą Stratą !
Niewielka urna z 70 latami życia – doświadczeń, dokonań udanych i mniej udanych (jak u każdego), przemyśleń, pragnień, marzeń, radości i smutków, osiągnięć i porażek, zdobyczy i strat, oczekiwań i zawodów, spotkań i rozstań, uśmiechów, biesiad i tańców (zwłaszcza flamenco), i łez zapewne też.
To wszystko w niewielkiej urnie zawarte … Tyle to pozostaje po Zjawisku Niepowtarzalnym, jakim jest każdy z nas – niepowtarzalny, jedyny, wyjątkowy, nie do zastąpienia i nie do podrobienia już nigdy. Wczoraj Lidka, przed dwoma tygodniami Jurek Kałuża, wcześniej Basia Kapturkiewicz, Ania Skoczylas-Dubus, Prof. Ryszard Niepiekło, Dyrektor Eugeniusz Moździerz. I wcześniej Inni jeszcze.
Zjawiska Niepowtarzalne …
I pamięć – dopóki pamiętamy, to Niepowtarzalne Zjawisko żyć będzie w każdym z nas.
Jak pisałem – pogrzeb w Częstochowie, daleko od Szczecina, bliżej oczywiście od Wielunia i okolic.
Ceremonia świecka.
Po oficjalnej mowie pogrzebowej nad grobem chciałem chociaż słowem wspomnieć o naszej Koleżance, co nie bardzo mi się udało, bo praktyki nie mam w przemówieniach nadgrobnych, a żal okrutny gardło ściskał. Szkic tego wspomnienia z pamięci zamieszczam.
Podaję też lokalizację grobu (można znaleźć na
wyszukiwarka cmentarna:
https://czestochowa.artlookgallery.com/grobonet/start.php
a szczegóły:
https://czestochowa.artlookgallery.com/grobonet/start.php?id=detale&idg=5038068&inni=0  )
Z Koleżeństwa naszego uczestniczył także Edek Sokołowski z Małżonką (który zjawił się zaalarmowany moim e-mailem).
Ze smutnymi pozdrowieniami
- Tadeusz

IMG_8775-Lidka-wiazanka 1 Lidka Stencel-Czestochowa-grob-sektor 60-rzad B-grob21 Lidka-cmentarz-mapa Lila-200513-cmentarz-T

Częstochowa, Cmentarz Św. Rocha
13.05.2020 r., godz. 11:30
Żegnamy dzisiaj Lidię Stencel-Łączyńską, naszą Lidkę z XI4 LO w Wieluniu !
Oto kolejna Maturzystka 1968 stanęła w „bolesnym szeregu świec wygasłych”, jak przejmująco wyraził poeta Zygmunt Kubiak. Dla wielu, a przede wszystkim dla nas kolegów i koleżanek z klasy Jej świeca paliła się
zawsze. Dalej, bliżej, pojawiała się, oddalała, ale zawsze egzotycznie jaśniała na wielkim nieboskłonie naszych zwykłych spraw. Czasem w wyjątkowych okolicznościach, jaśniała jeszcze bardziej, gdy spotykaliśmy się
na Zjazdach Maturzystów, kiedy Lidka była inicjatorką zabaw i porywów młodzieńczych.
Uwielbiała tańczyć i zapalała do zabawy całe towarzystwo. Pamiętamy Jej ogniste flamenco. Pamiętamy jak z pasją opowiadała o tenisie, o egzotycznych podróżach, o urokach
nadwarciańskich lasów i łęgów w okolicach Kamionu, o spływach kajakowych. Zawsze elegancka, uśmiechnięta, subtelna, otwarta na nasze sprawy. Niedawno jeszcze ustalaliśmy szczegóły tegorocznego Zjazdu 70-lecia Maturzystów, do którego Lilka zapalała się z właściwym Jej entuzjazmem, a który obecnie nie może się odbyć.
Sama obchodziła ten okrągły Jubileusz niedawno – w dniu 30 stycznia o godz. 19:00.
Dzisiaj stoimy tutaj pogrążeni w smutku. Bo oto bez uprzedzenia i pożegnania, bez pozwolenia pozostawiła nas z cudownymi wspomnieniami związanymi z Nią, z bliską nam wciąż szkołą i klasą, i ze wspomnieniami ostatnich radosnych spotkań zjazdowych.
Lidko, żegnam Cię w imieniu wszystkich rozżalonych Koleżanek i Kolegów. Pamiętaj, aby przybyć na nasz Zjazd już po tamtej stronie cienia.
Żegnaj Kwiatuszko, nasz Dobry Duchu, Przyjazny Wietrzyku …
Serdeczne kondolencje od naszej Maturalnej Kompanii składam Rodzinie, szczególnie Synowi Mikołajowi i Siostrze Danusi.

Poniżej kilka zdjęć z uczestnictwa śp. Koleżanki Lidki w naszych spotkaniach.

stencel_lidia SONY DSC SONY DSC IMG_9914-Jedenasta Cztery-a

Tragedia

O, macie rację., uważni i dociekliwi Korespondenci
– ta wisienka ostatnio przesłana nie szczególnie grzeszy urodą, a w każdym razie nie konkuruje z poprzednio opisywanymi drzewami w powabnych sukienkach. To ona jednak wciąż, jako maruderka, zagląda w śniadanne talerze.
Ale nowe bukiety już rosną – pod lasem, znienacka wybuchł rododendron. Dosłownie eksplodował z wczoraj na dzisiaj. I następne ustawiają się w kolejce do zachwycania i wypachniania. Czają się też bzy ogrodowe, moje ulubione, chociaż tu i ówdzie po rowach już rozkwitły w pełni.

Niby sielanka, a jednak zdarzają się tragedie.

Oto:
na okazałym świerku w kącie ogrodu sikorki-bogatki zasiedliły budkę lęgową, co tom ją otrzymał niegdyś  w prezencie (z DNVGL) jako opakowanie dwóch butelek dobrego winka. Wystarczyło zerwać zaślepkę, wbić dwa gwoździki i na drzewo. O, nie – błąd  ! – wcześniej trzeba było wypić winko, co jednak nie stanowiło żądnego kłopotu.
Tak więc, już drugi rok z rzędu, para sikorek urządziła sobie w budce gospodarstwo. Najpierw było dość spokojnie, bo zasiedzanie jajeczek, a potem oboje ptaszków uwijało się dzień cały, znosząc pełne dzioby pokarmu.
I oto, wczoraj ptaszki przestały się kręcić. Spoglądam ja na drzewo, a tam – rozpacz – tragedia – chuligaństwo – otwór wlotowy powiększony-wygryziony, pod drzewem resztki wyściółki gniazda. Cisza, jeden ptaszek kręci się przestraszony. Przytaszczyłem drabinę i zajrzałem do środka (łatwo odsunąć płytę czołową). A tam cztery martwe maleństwa, już częściowo opierzone (oszczędzę Wam widoku). Rozpacz !
Zasięgnąłem opinii fachowca-Juliusza, brata o wykształceniu przyrodniczym. Mogła to być łasica. Kunie nie chciałoby się przesadzać płotu. Kot  nie byłby taki sprawny. Ptaki drapieżne odpadają. Łasica niechybnie ! Czy było ptaszków więcej, a łasica pozostawiła te cztery ostatnie ? Czy tylko przestraszyła sikorki-rodziców, a te małe zginęły z zimna i głodu ? Czy jeszcze inny scenariusz tragedii ? – nie wiadomo.
Ponieważ następne opakowanie winka czekało w piwnicy na dalszy rozwój wydarzeń, szybko zastąpiłem starą, wygryzioną ściankę czołową ścianką nową-dziewiczą (winko zostało uwolnione do wypicia) i teraz czekam – może instynkt napędzi sikorki do nowych obowiązków rodzicielskich. Zwykle sikory wyprowadzają dwa pokolenia w sezonie. Zobaczymy.
Dzisiaj odwołano-przesunięto wybory prezydenckie. Nie komentuję nigdy politycznych wydarzeń. Ale to zdarzenie pozwoliło mi zamienić opatrzone już Bezrzecze na ulubiony Busz Wielkopolski z  zachodami słońca i wschodami księżyca, z  Zatoczką Słonecznego Zatulenia. Z perspektywą szerokich pól z posilającymi się sarenkami zamiast ściany niedalekiego, ciemnego lasu. Z jajkami od wybieganych kurek pani Moniki – karmazynów, leghornów i zielononóżek, każde inne. Jest więc odmiana – koszenie, przesadzanie i inne takie tam zwykłe zajęcia, jednak potrzebne i dające nowy oddech.
Jak długo będzie jeszcze trwać to ogólne i nieuchronne zagrożenie ?

Z serdecznymi pozdrowieniami i świeżym, wiejskim oddechem

- Tadeusz

Gdybym był ma-laa-rzeem … daj-du-diru-diru daj-du-diru-diru-diru-daj!

Drodzy Wszyscy,
możecie sobie dalej dośpiewać wg „Skrzypka na dachu“.
Gdybym więc nim był, namalowałbym kotka, który siedzi w słońcu majowego poranka, przed domem, syty i zadowolony, grzejąc liche po zimie futerko. Usunąłbym wszelkie akcenty techniczne, pozostawił tylko kwiaty,  domalowując jeszcze jakieś tulipanki lub szafirki. Taka dobra, ufna, bezpieczna i ciepła chwila na cały dobry-spodziewany dzionek.
Ci z nas, którzy nie muszą spieszyć się na służbę lub do pracy sprawowanej poza domem, mają takie chwile, bo przecież taras i słoneczko nęci, robota nie zając. Zaglądamy wtedy w pokłady pamięci, albo żeglujemy po oceanie wyobraźni.
Do mojego talerza śniadaniowego nie zaglądają  już ani mirabelka, ani magnolia. Przekwitły, minęły. Teraz czas na różowo kwitnącą wisienkę w kącie ogrodu, trochę bardziej odległą, choć nie tak  okazałą i nie tak napuszoną jak kędzierzawe wiśnie japońskie, które coraz częściej sadowią się w naszych nowotworzonych ogrodach.
Niegdyś, a było to prawie 30 lat temu, kiedy u nas nie było ich chyba wcale, znalazłem się w Osace w gaju wiśniowym, a może raczej na plantach pod baldachimem kwitnących wiśni japońskich. Drzewa okazałe, szerokie, ogromne, w kędzierzawej różowej szacie. Całe wodospady (kwiatospady) różowego kwiecia. Pod drzewami na trawnikach biwakujące grupy młodych i starszych ludzi. Koce, termosy, jedzonko, zwierzątka domowe. Atmosfera sielanki i oczekiwania. Pytam, a na co to czekają, bo wyglądało mi to na długie biwakowanie. A tak, długie, kilkudniowe, bo oczekiwanie na blossom falling down, czyli na opadanie kwiatów, na przekwitanie wiśni. Wiosenne święto japońskie. Było to dla mnie bardzo atrakcyjne i abstrakcyjne, bo przecież kto by u nas czekał na spadanie płatków jabłoni ? Lecą i już. Najwyżej po fakcie stwierdzenie, że jak śniegiem pod drzewami posypało. A poza tym, kto by miał wtedy czas na takie drobiazgi. A tu – różowa kołderka na poszarzałym przedwieczornym niebie, celebrowanie, klimat nieco duszny i ludzie egzotyczni, czarnołbiści i jacyś tacy-niewysocy, całe ich tłumy. Ja sam w dowodzie osobistym miałem zapisane wzrost wysoki (170), ale przecież w Polsce wszyscy młodsi o głowę nade mną górowali, więc tam czułem się jak olbrzym wśród krasnoludków. A jeszcze pagody, lampiony, kimona, krzaczkowate napisy, ceremoniał ukłonów podczas powitań i rozstań, ceremoniał picia herbaty, teatr kabuki, super szybka kolej Shinkansen, salony gier w kulki, potrawy – wszystko bardzo egzotyczne – wtedy nie jeździliśmy tak po świecie jak obecnie (do niedawna). Np. przekąska z wodorostów nawinięta na palec przez mojego gospodarza – tak ot wprost z wody na brzegu zatoczki morskiej. Albo zwyczaj domowej kąpieli w jednej wannie wszystkich domowników, poczynając od gościa, oczywiście. Albo wspólnie przygotowywana wieczorem i konsumowana potrawa sukiyaki.
 A na uczelni sala wykładowa zapełniona dwustu jednakowymi czarnołbistymi krasnoludkami w jednakowych czarnych mundurkach, ciekawych, co to im ten wędrowiec z dalekiego kraju chce zakomunikować.  Ale słuchali, bo moje wtedy badania podwodne były dość nowatorskie – z uwagi na wieloletnie embargo na nowinki techniczne z zachodu, musieliśmy sami rozwijać pewne dziedziny nauki i mieliśmy niezłe rezultaty, aż do czasu zmiany systemu i otwarcia granic. Wtedy nasza myśl i produkcja została zdeprecjonowana wobec kolorowych błyskotek zachodnich i jednak dopracowanych produktów w wyniku olbrzymich nakładów finansowych i spokojnej tam pracy przez lata.
 Tyle w ramach wertowania pokładów pamięci. Chociaż obecnie kwitną rzepaki i żarnowce, a one też mogą uruchomić następne głębiny wspomnień.
 Rzepaki jak żółte morza rozlane wśród większych zieloności ozimin i lasów. Najlepiej oglądać je z samolotu – w głębi Polski posiekane na malutkie paski niewielkich upraw, a na ziemiach „odzyskanych” albo po drugiej stronie polsko-niemieckiej granicy olbrzymie łachy jajecznicy. Tak się składało, że przez wiele lat w okolicach 1 maja wracałem z jakichś wypraw zagranicznych i latałem nad tymi jajecznicami. Co, Romku sądzisz – czy Twoje obserwacje nie domagają się szerszego opisu, abyśmy mogli też „polatać” z Tobą i razem nacieszyć się widokami ?
 W tych dniach przemierzałem na rowerze pobliskie pola rzepakowe w falach odurzającego zapachu. Nie wszyscy go lubią, a dla mnie jest wspomnieniem beztroskich jazd komarkiem po okolicach Wielunia i poczuciem swobody, bo Rodzice niezbyt gonili mnie do książek, a Mama-biologiczka inspirowała moje zainteresowania przyrodą. Tak więc – Zosiu i Jurku – rozumiem Waszą fascynację i dumę z obsianych setek hektarów kwitnącego teraz rzepaku. Piękne zdjęcia. Piękne pola. Piękny czas. Sam stanąłem – tu niedaleko – przed polem ok. 90 ha jak przed wielkim, falującym, odurzającym, złotym oceanem.
 A żarnowce ? Żarnowce najpiękniej kwitną w nadwarciańskim Kamionie, na prawym brzegu przy krętej drożynie prowadzącej po skłonie pradoliny Warty, która wspina się pomiędzy głębokimi parowami i uskokami wzgórz. Która kończy się raptownie wśród sosen z pająkowatymi korzeniami nad przepastnym uskokiem, jak kończy się niedokończony a obiecujący niegdyś spacer w lata młodzieńczych fascynacji.
 Ach, Kamion! To skansen ostatnich już naturalnych pejzaży – przystańcie na drewnianym, poskrzypującym moście, spójrzcie w dół rzeki w zwielokrotnione plany zarośli, meandrujące koryto pomiędzy jasnymi łachami i ponurymi głęboczkami pełnymi wirów, na szuwary pod stromymi brzegami, na zielone dywany pastwisk obsiadłe przez czyste, białe gęsi albo przez tradycyjnie biało-czarne krowiny z wielkimi, ufnymi, trochę melancholijnymi oczami. To ginące krajobrazy ! Ale dobrze zakotwiczone w naszej pamięci.
 Gdybym był malarzem !
 A na żeglowanie po oceanie wyobraźni nie starczyło już dzisiaj czasu.
Dobranoc Wszystkim
- Tadeusz